ISICNewsAktualności, wydarzenia - nie tylko dla studentów

Emilia Biała

Freelance freediving instructor
emiliabiala.wordpress.com

Jedna z bardziej u tytułowanych freediverek w Polsce. Aktualnie mieszkająca w Azji, gdzie łączy swoją pasję nurkowania z poznawaniem świata i ludzi.

zdjęcia: Emilia Biała i Łukasz Biały

Biali na Bali i o obawach powrotu do Polski

Wyjeżdżając z Bali i już jedną nogą stojąc na polskiej ziemi przyznam, że miałam lekkiego cykora… Dlaczego nagle tyle osób, z dobrego serca odradzało mi wakacje w kraju zimową porą? Przecież nie chodzi tylko o pogodę… Czy aż tak bardzo klimat się pogorszył? Jest aż tak źle? A może to po prostu nasza rodzima tendencja do narzekania i przeświadczenie, że wszędzie jest lepiej, tylko nie tu, gdzie jesteśmy?


fot. Agata Grabowska-Biały

W  Azji spędziłam  ponad 15 ostatnich miesięcy. Dziś wydaje mi się, jakby to było zaledwie kilka tygodni. A tam, nie od razu przystosowałam się do zupełnie odmiennych: kultury, klimatu no i orientalnej kuchni (choć to ostatnie przyszło mi z największa łatwością!). Początkowo taki skok w bok do tropikalnej rzeczywistości zapiera dech w piersiach: nie mogąc do końca uwierzyć, że tam jestem, przecierałam oczy ze zdumienia  gapiąc się na pejzaż wyjęty żywcem z kolekcji tapet  systemu Windows! Czułam, jakbym wygrała los na loterii – i to sama skreślając szczęśliwe numerki.  Jakbym doświadczała czegoś ulotnie pięknego. I do końca nie mogłam uwierzyć, że dzieje się to, co dotychczas było tylko w sferze nieśmiałych marzeń czy też słowiańskiej przekory, która popycha, aby sprawdzić, co czai się za rogiem. Pierwsze tygodnie przypominały trochę wakacje, choć niezupełnie, bo swoje biurko korporacyjne posprzątałam już na amen i kupiłam bilet tylko w jedną stronę. I co jakiś czas przychodziły chwile zastanowienia, czy przypadkiem stabilne stanowisko pracy z widokiem na panoramę Warszawy nie jest bezpieczniejszą opcją? Wątpliwości z czasem stawały się coraz słabsze i słabsze i oto otwierały się jej kolejne rozdziały mojej długiej przygody. Próbując wtopić się w lokalny koloryt, postanowiłam więc poobserwować jak funkcjonują „kultury lokalne”.  I co się okazało? Im dalej w palmowy las, tym bardziej wyraźnie widziałam, jak zachowują w stosunku do przyjezdnych. Z tyłu głowy tliła mi się myśl, że przecież kolonizacja była dziełem głownie cywilizacji zachodniej, która nie zawsze niosła ze sobą tylko „kaganek oświaty”, a często rozpychała się łokciami nie bardzo mając poszanowanie dla tego, co zastali. A tymczasem, pomimo mojej niepewności - Filipińczycy, Tajowie, Balijczycy w nawyku mają, o zgrozo – patrzenie w oczy i uśmiech! Nie był to przecież mój pierwszy raz w Azji, ale nadal podszepty podświadomości podsuwały mi myśli: bądź ostrożna, nie ufaj. Oni na pewno czegoś  mnie chcą. Pieniędzy chcą. Albo mnie na żonę ;-). Jedną z wielu. Albo na okup. Na pewno myślą, że mam ze sobą drogi sprzęt: telefon, komputer, grzebień, lusterko… Biała jestem, to ciekawa. Mogłabym się bardziej opalić, oni mają taki piękny koloryt skóry, włosy mocne i czarne i uśmiech biały jak miąższ kokosa, że aż zazdrość łapie. A oni na mnie tak się gapią i chyba ich zazdrość łapie. Że skóra jasna i włosy nie-czarne. I tak na siebie patrzymy. A mnie się w głowie roi: oni czegoś chcą! I dlaczego ich tak interesuje „where you going”? No ile razy można pytać?! „Not your business” - myślałam sobie czasem spragniona anonimowości. Proszę: niech już nikt się nie dziwi. Oczy w ziemię, udajemy, że nas nie ma, nie wysyłamy sygnałów oznaczających zaciekawienie czyli w naszym języku agresję. Żadnych sygnałów. I na pewno, nie będę odpowiadać nieznajomym, dokąd idę. Jeszcze ktoś za mną pójdzie i napadnie mnie w ślepej uliczce albo w dżungli i kto mnie uratuje?

Proszę Państwa, co za bujda. To wszystko to wybryki zalęknionej wyobraźni. Po całym tym czasie spędzonym w Azji nie przypominam sobie sytuacji, w której czułam się zagrożona bądź oszukana tylko z tego względu, że jestem przyjezdna[1]  i po wszystkim, co widziałam w tych krajach muszę przyznać, że mam w sobie nutę zażenowania co do naszych zachodnich manier. I nieco jestem nimi zawstydzona. Zauważyłam, jak nieufni jesteśmy wobec obcych. To prawda, mamy nieco inne czasy, czasy współczesnych wędrówek ludów i kulturowy kalejdoskop. Ale tym, co rzuciło mi się w oczy po powrocie do Polski, były zacięte wyrazy twarzy, nieufne spojrzenia, sporo nieuprzejmości... W Azji napotkałam całą masę lokalnych rodzin, które zapraszały mnie na ceremonie, do domów, witając z otwartymi rękami. Taki to trochę zwyczaj, o którym u nas jeszcze się pamięta: „gość w dom, Bóg w dom”.  Nie wydaje mi się jednak, że każdy z nich byłby tak mile widziany w naszym kraju.  Tego już im nie wyjaśniałam, bo jak to uzasadnić? W dużych miastach, mam wrażenie,  ludzie żyją obok siebie, ale tak daleko, że nic o sobie nie wiedzą. Mało razem świętują, w balijskim wydaniu byłoby to „celebrują”. Zatraciła się gdzieś potrzeba wspólnoty. Przetaczają się ulicami masy samowystarczalnych jednostek. Bo otaczamy się murami racjonalnego dobrostanu, który według moich obserwacji, jeśli jest jedynym fundamentem życia, to w pewnym momencie rozsypie się w pył. Ale nie odczytujcie mnie źle: oczywiście zaraz obok tych anonimowych smutnych mas, widzę też dobrych Samarytanów i ludzi wierzących w dobro ludzi, przejawiających zwykłe codzienne uprzejmości – od urzędników w biurach obsługi klienta poprzez kierowców autobusów, którzy nie odjadą z przystanku widząc nadbiegającego, spóźnionego  o 3 sekundy pasażera. A jeśli nie mieliście okazji być pasażerem bądź kierowcą w Azji to powiem Wam, że to nie lada wyzwanie dla umysłów posługujących się kodeksem drogowym. Sama Indonezja jest krajem symboli  - i tak też postrzegam ruch uliczny. To coś absolutnie pięknego! Abstrakcja do kwadratu: nic kupy się nie trzyma: nie istnieją sprecyzowane przepisy komunikacyjne, poruszanie się środkami lokomocji jest tak intuicyjne, że na zdrowy rozum powinno co sekunda dochodzić do poważnej kolizji, gdzie tysiącami mogliby ginąć motocykliści, podróżujący w kilka osób na skuterze, bez kasków,  naturalnie! A ja przez cały ten czas widziałam jedną niegroźną wywrotkę. Nikt niemal, włączając się do ruchu nie patrzy w lusterko, nie sygnalizuje manewru kierunkowskazem. Bo po co?  Po prostu włącza się i jedzie własnym tempem. Jedna wielka arteria. Nie do wyobrażenia! W Europie tysiąc razy zostałby już wytrąbiony i wyklęty od siedmiu boleści. Nie ma grymasów twarzy pokrzykiwań. Przyglądałam się wnikliwie! Dla każdego znajdzie się miejsce. Jedziemy do przodu, nie oglądamy się za siebie. Liczy się to, co teraz, niech uważają ci z tyłu i ewentualnie zatrąbią sygnalizacyjne, że się zbliżają.

fot.M.Górecka

Po kilku miesiącach, zapominając o nieprzydatnych tu kodeksach i ucząc się  odwracania schematów skręcając na rondzie w lewo, będąc otoczona przez turystów świata, nie czułam się już ani turystką ani jeszcze kimś, kto jest stamtąd. Sama chyba nadałam sobie status nomada i prawo do prowadzenia obserwacji.  Obserwacji innych, ale i samej siebie. Wiele retrospekcji zawdzięczam wodzie i moim podwodnym  spotkaniom podczas nurkowania. Nieustannie twierdzę, że w ciszy, będąc otoczonym  żywiołem wody, można na siebie spojrzeć jak w lustrze, za każdym razem odkrywając jakiś nowy element i proces zmiany. Tymczasem straciłam lekko rachubę czasu i pozwoliłam mu płynąć w tempie, w jakim mu się tylko podoba. Nie zapomniałam jednak, gdzie są moje korzenie, ale w międzyczasie wyrosło mi na głowie trochę liści, które zaczęły czerpać energię z azjatyckiego słońca i napotkanych tam ludzi i teraz coraz bardziej kierują się  ku niemu moje gałęzie. Ale chętnie wracam tu, skąd pochodzę. To moje źródło.

fot.M.Górecka

Ten artykuł piszę w hołdzie czystej ludzkiej uprzejmości. Wobec patrzenia w oczy i bezinteresownej woli pomocy. Rzucanych ot tak uśmiechów na ulicy i mówienia „dzień dobry” kierowcy autobusu bądź w sklepie. Nie zgubmy tego. I nie chodzi tu o zwykłe maniery. Maniery są wystudiowane. W Azji to zainteresowanie wobec przyjezdnych przejawia się nieraz mini sesją fotograficzną i strojeniem min do smartfona -  technologia cyfrowa i utrwalanie dosłownie wszystkiego na zdjęciach jest absolutnym azjatyckim trendem.  Kiedy ostatni raz zatrzymaliście się na pogawędkę z nieznajomym przechodniem?  Jak byście się czuli, gdyby podczas spaceru w parku ktoś poprosił Was o pozowanie do zdjęcia – najchętniej w towarzystwie całej grupy znajomych, kuzynów, kumpli, wujków, dzieci, kolegów  i koleżanek…? Albo czy jest dla nas ciągle naturalnym odruchem, żeby pomóc komuś, kto pyta o drogę albo zepsuł mu się samochód?  Biały bobas ze zdjęcia to Wojtuś, który podróżował sam z mamą od niemal trzech miesięcy po Bali i tam był dosłownie rozchwytywany. Nigdy nie spotkałam się z tak dużą troską i opiekuńczością wobec dzieci,  szczególnie wobec tych z jasną skórą i z oczami w kolorze blu. Balijczycy są niezwykle religijni i swoją religią żyją. Dzieci są dla nich błogosławieństwem i zabezpieczeniem na czas, kiedy nie będą mogli już sami na siebie zapracować. Wierzą, że małe dzieci przyciągają dobre duchy, zajmują się więc z nimi z wielką troską. Mama Wojtusia bez wahania oddawała go w ręce Indonezyjczyków, którzy obchodzili się z nim jak z księciuniem, karmiąc  najlepszymi smakołykami, zabawiając i wręcz adorując! Nie da się pozostać anonimowym, jeśli się odróżniasz wyglądem. Można oczywiście odmówić, udać, że się nie zwraca uwagi na uprzejme zaczepki, co nieraz i mnie się zdarzyło, ale publiczne pokazanie złych emocji  czy niechęci jest w Azji oznaką utraty twarzy, może dlatego raczej nie ma awantur i ponagleń w korkach komunikacyjnych.  Pozostałe zdjęcia pochodzą ze spontanicznego pozowania podczas podróży po innych wyspach Indonezji, gdzie już nie dominuje hinduizm, ale istnieje nie mniejsza ciekawość innych. A o Bali śmiało mogę napisać, że jest krajem łagodności i płynięcia z czasem, którego się nie mierzy.  Mierzy się za to bycie zwyczajnie dobrym wobec innych. Nawet jeśli są to nieco wyniośli, biali turyści. Wierzy się, że to, jakim jesteś dla innych, prędzej czy później do ciebie powróci. Co siejesz, to zbierasz… A tam nazywają się to karmą.

Czy wszystko powyższe brzmi niczym nierealna, egzotyczna opowieść o bezinteresownej przyjaźni i radości z krainy wiecznego słońca? A mnie się zdaje, że czasem trudniej jest w ten mroczny listopadowo-grudniowy dzień rzucić uśmiech do przechodnia na przejściu dla pieszych bądź kierowcy, który blokuje przejazd, niż  tylko rzucić robotę, spakować walizki i wyjechać w tropiki.

 
fot. Agata Grabowska-Biały

 

 

[1] Zachowując pełną szczerość, taksówkarz w Bankgoku omyłkowo obwiózł mnie przez pół miasta, co wynikało jednak bardziej z jego gapowatości niż chęci „nabicia mnie w butelkę”.

Wróć

© ISIC Polska - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie recode.pl